Master Class

Hans Zimmer: Pozwól, że opowiem ci pewną historię...

Dodano 19 stycznia 2017
Marcin Śpiewakowski
naszemiasto.pl

Syn pianistki i wynalazcy, autor najbardziej charakterystycznych ścieżek dźwiękowych ostatnich lat ("Incepcja", "Interstellar", "Mroczny rycerz").

Ma na swoim koncie współpracę przy ponad 100 filmach!

 Hans Zimmer (59l.) sprawił, że kompozytor muzyki filmowej przestał być postacią anonimową.

Bliżej mu do statusu gwiazdy rocka - jego występy na żywo imponują rozmachem i bez trudu zapełniają największe sale koncertowe świata, na scenie towarzyszy mu gitarzysta the Smiths,

a nawet... Pharell Williams.

 

 

MŚ: Pana matka była muzykiem, ojciec wynalazcą. W pewnym momencie zaczął Pan łączyć te dwie pasje.

HZ: Żadne z moich dzieci nie będzie nigdy muzykiem, bo po prostu nie da się iść dokładnie tym samym śladem, co nasi rodzice. Nie może też być elementu rywalizacji, bo skończy się to krwawą antyczną tragedią. Ja urodziłem się w domu wypełnionym muzyką i technologią, więc było to dla mnie oczywiste, że trzeba je jakoś połączyć.

 

MŚ: Zaczynał Pan od modyfikowania pianina…  

HZ: Moja matka uparcie nazywała to „psuciem pianina”. „Modyfikowanie” podoba mi się dużo bardziej.

 

MŚ: Skąd się to wzięło?  

HZ: To była konsekwencja poszukiwania dźwięków. Muzyka to przecież zabawa. Nawiasem mówiąc, jest gdzieś we mnie głęboko ukryte poczucie winy, że nie przepracowałem w moim życiu ani jednego dnia. Nie miałem nigdy prawdziwej pracy, spędzam czas z fantastycznymi muzykami i robię to dłużej, niż jestem w stanie sobie przypomnieć. Jestem, że tak powiem, "niezatrudnialny" i nie umiem robić niczego poza muzyką. Funkcjonuję też na swój sposób poza życiem społecznym: nie odróżniam dni tygodnia, a weekend rozpoznaję tylko po tym, że nikt do mnie nie dzwoni. Ale wracając do pytania: kiedy zaczynałem, nie było mnie stać na wynajęcie orkiestry, więc nauczyłem się ją udawać. Miałem w głowie pewien dźwięk i męczyłem pianino, żeby go wydobyć, bo w Steinway'u nie przewidzieli, że komuś takie brzmienie może być potrzebne. A skąd się to wzięło? Powiedziałbym, że odkąd usłyszysz jakiś dźwięk w swojej głowie, rozpoczyna się walka o to, żeby oddać go jak najwierniej. Oczywiście musisz coś stracić po drodze, bo nie sposób oddać go w stu procentach. A te eksperymenty były walką o to, żeby zgubić jak najmniej.

 

MŚ: Kiedyś grał Pan w zespole rockowym, ale porzucił to Pan na rzecz komponowania. Z drugiej strony nie pisze Pan przecież muzyki samodzielnie – czy to nie jest trochę tak, jakby wrócił Pan do gry w zespole?

HZ: Mój zespół się trochę zmienił, to prawda. Jako członek zespołu uczysz się słuchać. Wchodzicie do pokoju i słuchacie tego, co macie sobie do zaproponowania. I tak też wygląda moja praca z filmowcami. Nie pojawiam się, kiedy film jest już gotowy.

Moja praca zaczyna się, kiedy reżyser wchodzi do pokoju i mówi: „pozwól, że opowiem ci pewną historię…”. Nie ma na tym świecie nic piękniejszego niż te słowa. Po prostu wiesz, że to musi skończyć się świetną przygodą. Może nie będzie to zabawa w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale na pewno będzie to ciekawe doświadczenie.

 

MŚ: Czyli reżyser jest jak muzyk, który tylko gra na grzechotkach, ale trzyma się go w zespole, bo ma fajne pomysły?

HZ: Dużo więcej. Reżyser niejako przygotowuje dla nas scenę. Kiedy zaczynam pracować z Chrisem [Nolanem – przyp. red.], opowiada mi historię, potem trochę o niej rozmawiamy. Wreszcie zaczyna się długi proces tworzenia. Bardzo długo mówię o muzyce, a on o opowieści, ale zawsze nadchodzi taki moment, kiedy role się odwracają. Przy „Interstellarze” porwaliśmy się na bardzo ambitny projekt, nagrywaliśmy w starych kościołach i tak dalej – to wszystko wymagało tego, że obaj musieliśmy nadzorować sesję nagraniową. I najbardziej irytujące było to, że Chris ze swoich sesji zawsze przynosił więcej materiału niż ja. (śmiech) On naprawdę rozumie muzykę.

 

MŚ: Czy opowieść musi się Panu podobać, żeby zgodził się Pan zrobić do niej muzykę?  

HZ: Nie. Nie lubię na przykład „Zniewolonego. 12 Years a Slave”. To świetny film, fantastycznie opowiedziany, ale sama historia mi się nie podoba. I to bardzo ważne, żeby podczas tworzenia muzyki zachować tę niechęć. To film historyczny, więc byłem jedyną osobą z nim związaną, która nie musiała trzymać się tych ściśle określonych ram czasowych. Moim zadaniem było zbudowanie mostu między przeszłością a teraźniejszością.  

MŚ: Richard Strauss, Pański rodak, powiedział kiedyś, że jego marzeniem jako kompozytora jest tworzyć muzykę z taką naturalnością i łatwością, z jaką krowa daje mleko. Udało się Panu osiągnąć ten ideał?

HZ: Komponowanie jest dla mnie bardzo trudnym procesem, ale odpowiem innym cytatem ze Straussa, który bardzo lubię i z którym się bardzo mocno utożsamiam: „jestem najlepszym wśród drugorzędnych kompozytorów”. I na tym podobieństwa między nami się kończą. Chociaż moim zdaniem Strauss na swój sposób był też kompozytorem muzyki filmowej. Tyle tylko, że nie miał do czego komponować. Stanley Kubrick świetnie to wyczuł, kiedy kręcił „Odyseję kosmiczną”. Wiedział, że tylko Strauss może „nagrać” mu muzykę.

 

MŚ: Inny cytat. Kompozytor Aaron Copland powiedział kiedyś, że dziewięćdziesiąt procent filmów ma muzykę, o której można powiedzieć tylko tyle, że jest. Czy coś zmieniło się od tamtych czasów?

HZ: Oczywiście, że nie! Z drugiej strony to samo można powiedzieć o rządzie w dziewięćdziesięciu procent krajów. (śmiech) Zdarzyło mi się napisać świetną muzykę do słabych filmów i marną muzykę do kapitalnych obrazów. Ale zawsze starasz się zrobić to jak najlepiej. Nikt nigdy nie planuje nakręcić słabego filmu czy nagrać nędznej płyty. Czasem się nie udaje – i to jest bardzo wartościowa lekcja.

Sukces nie nauczył mnie niczego. Porażki bardzo wiele.

W tej branży piękne jest to, że mogę powiedzieć: „hej, pamiętacie ten bożonarodzeniowy film, na który wydajecie 150 milionów? No więc w soundtracku będzie tylko bandżo i akordeon”, na co odpowiadają mi: „Ok. Zróbmy to”. A jeśli koniec końców nie uda mi się, zawsze mogę powiedzieć, że w teorii brzmiało to jak świetny plan, no ale niestety. „No nic, przynajmniej spróbowałeś” – słyszę w odpowiedzi. To piękne.

 

MŚ: Czyli ma Pan pełną swobodę?  

HZ: Po to mnie zatrudniają. Nie potrzebują sekretarki, tylko muzyka. Czasem dostaję różne, niezwykle uprzejme sugestie, ale przecież moim zadaniem nie jest nagrać to, czego chcą, ale to, czego nawet nie umieją sobie wyobrazić. Ale oczywiście szanuje się w tej branży każdego. Kiedy wybierasz się na plan, widać tam ogrom pasji, gigantyczne zaangażowanie każdej osoby. Tłum ludzi, a życie każdego z nich w tym konkretnym momencie potoczyło się tym samym torem.

 

MŚ: Wielu muzyków, którzy regularnie koncertują, twierdzi, że na scenie wciąż odczuwają tremę…  

HZ: Zapewniam, że w porównaniu ze mną nie mają pojęcia, co to trema!

 

MŚ: To dlaczego Pan to robi? Po co stawiać się w takiej sytuacji?  

HZ: Najprostsza odpowiedź brzmi: nie wolno pozwolić, by strach rządził twoim życiem. Jest taki moment, w którym musisz spojrzeć publiczności w oczy, zauważyć ich istnienie, niezależnie od tego, jak to trudne. To bardzo prosty i uczciwy układ. Wy siedzicie tam, ja stoję tutaj. Wy płacicie za bilety, ja gram najlepiej, jak umiem. Rolą artysty jest dostarczać rozrywki. Tommy Cooper, brytyjski komik i jeden z moich największych idoli, zmarł na scenie. Publiczność zaczęła się śmiać, bo myśleli, że to część przedstawienia. I to jest piękne! Cooper był fatalnym magikiem, za to z ogromnym dystansem do siebie. I to pomaga mi walczyć z tremą – trzeba umieć się z siebie śmiać. Bo jeśli nie teraz, to kiedy?

 

MŚ: Pana promotor określa Pana mianem największego żyjącego kompozytora – przeszkadza Panu taka etykietka?

HZ: Czemu nikt mi o tym nie powiedział? Gdybym wiedział, że jestem największym żyjącym kompozytorem, nie ruszałbym w ogóle w trasę, tylko został w domu, leżał na kanapie i pławił się w glorii i chwale. (śmiech) Prawda jest taka, że najlepszym kompozytorem jest się do momentu, kiedy trzeba siąść i napisać kolejną muzykę, a w głowie kołacze się tylko myśl: „wow, nie mam absolutnie nic”. Takie rzeczy dzieją się bardzo często i uczą pokory. Często słyszę takie pytania: a co z nagrodami? Czy Oscary są ważne? Jeśli pozwolisz, żeby zaczęło to coś dla ciebie znaczyć, umierasz. Koniec gry.  

4 marca 2017 roku Polska Orkiestra Radiowa oraz Chór Akademicki Politechniki Warszawskiej pod dyrekcją Macieja Sztora wykonają w Hali Arena w Poznaniu jedne z najbardziej rozpoznawalnych utworów ostatnich lat – motywy znane z takich kinowych hitów jak: "Gladiator", "Incepcja", "Pearl Harbor" i "Król Lew". Szczegóły wydarzenia: http://aktywni-plus.pl/artykul/129/muzyka-hansa-zimmera-po-raz-pierwszy-w-poznaniu 

 

źródło:

http://warszawa.naszemiasto.pl/artykul/hans-zimmer-pozwol-ze-opowiem-ci-pewna-historie-rozmowa-nam,3633754,artgal,t,id,tm.html

ajax loader