Master Class

Maria Pakulnis - w życiu najważniejsze jest życie

Dodano 26 lutego 2016
rozmawia: Magda Rozmarynowska
zdjęcia: Tamara Pieńko

Podziwiana aktorka, piękna kobieta, niezwykły człowiek – Maria Pakulnis. Prawdziwie i dojrzale opowiada o tym, jak zmieniło się jej życie, gdy przestała się go bać i… zdjęła maskę

 

W najbliższym czasie będzie można Panią zobaczyć w sztuce Carey Perloff „Pokrewieństwo dusz”. To pożegnalna premiera Teatru Scena Prezentacje, który zamyka działalność. Kończy się jakiś etap?

 

To prawda, po 35 latach Teatr Scena Prezentacje zostanie zamknięty. Mam do niego wielki sentyment, wcześniej grałam tu duże, ciekawe role, choćby w „Scenach z życia małżeńskiego” Ingmara Bergmana, z Krzysztofem Kolbergerem. Mam sporo wspomnień, ale to naturalne, że coś się kończy. Wierzę, że w tej samej sekundzie otwiera się coś nowego, o czym jeszcze nie wiemy, czego się nie spodziewamy. To ekscytujące. Cieszę się z tego, że pożegnalna premiera stała się okazją do spotkania z Małgosią Pieczyńską, z którą dawno temu grałyśmy w filmie Janusza Zaorskiego „Jezioro Bodeńskie”, a potem w kultowym serialu „Ekstradycja”. Teraz spotykamy się jako dojrzałe kobiety, pełne nowych doświadczeń.

 

Przed kilku laty przeprowadzałam z Panią wywiad.Mam wrażenie, że coś dobrego wydarzyło się w tym czasie w Pani życiu. Wygląda Pani tak promiennie, radośnie.

Rzeczywiście, wiele się zmieniło. Po śmierci męża (Krzysztofa Zaleskiego, reżysera i aktora, przyp. red.) zamknęłam się w bólu i samotności. Żałoba była jak choroba, ale dobrzy ludzie, którzy zawsze byli przy mnie, bardzo mi pomogli. Zaczęłam interesować się rozwojem duchowym, ćwiczyć i medytować. To pozwoliło mi spojrzeć na wiele rzeczy z innej perspektywy i obudziłam się ze złego snu.

 

I co Pani zobaczyła?

Że świat jest piękny. Teraz cieszy mnie każda najmniejsza rzecz, która się wydarza. Wszystko, również i to, że zostałam zaproszona na ten wywiad, a podczas sesji poznałam fantastyczne kobiety, z którymi pracowałam i czułam się, jakbym spotkała bratnie dusze. Nic mnie tak nie raduje jak spotkania z ludźmi. Noszę je w sercu, zostaną tam na zawsze. Jeżeli już ktoś stanie na mojej drodze, to mam poczucie, że coś sobie wzajemnie dajemy. I to jest ważne, nawet jeśli trwa tylko chwilę. Codziennie uczę się, że najmniejsza rzecz, jaka mi się przytrafia, jest bardzo ważna. I nie musi być wcale związana z jakąś nową rolą, czy zawodowym sukcesem. To może być coś niepozornego, co ma znaczenie tylko dla mnie.

 

 

_

Wstaje Pani rano i mówi: „Witaj dniu”?

Mniej więcej. Mam swoje poranne rytuały, które bardzo lubię. Zwykle budzą mnie moje syberyjskie koty – Wiera i Fiodor. Punktualnie o ósmej skrobią do drzwi sypialni. A potem chodzą za mną krok w krok, mruczą i po swojemu opowiadają, jak minęła im noc. Witamy się, daję im jeść, a potem gimnastyka, ćwiczenia oddechowe i krótka medytacja. To wszystko stawia mnie na nogi i dobrze nastraja. Jeśli jest ciepło na dworze, to mój następny rytuał polega na wyjściu z kawą do ogródka. Oglądam sobie, co zakwitło. Mam malutki ogródek, ale bardzo staram się o niego dbać. To jest takie moje zaczarowane miejsce, dobrze się w nim czuję, tam odpoczywam. Cieszę się, patrząc na drzewa, niektóre sama posadziłam: świerk kanadyjski, sosnę himalajską, katalpę, dziką wiśnię. Podziwiam tulipany, które właśnie zakwitły. Chodzę od roślinki do roślinki, dotykam, patrzę, jak budzi się życie. Kocham ten moment. Dla mnie to najpiękniejsza chwila w roku. Zieleń jeszcze nie jest spalona słońcem, mieni się tyloma odcieniami, jest taka soczysta i świeżutka. Posadziłam też całe połacie szafirków i hiacyntów.

 

Może ich niebieskość kojarzy się Pani z wodą?

Niewykluczone, kocham wodę. Jestem dziewczyną z Mazur. Urodziłam się i wychowałam w Giżycku. Jak wszystkie dzieci spędzałam latem całe dnie nad jeziorem, były żaglówki, kąpiele. A gdy podrosłam – spacery wieczorne, pierwsze randki, księżyc odbijający się w spokojnej tafli. Pamiętam też smażenie świeżo złowionych ryb na palenisku z cegieł. Kiedyś nie wyjeżdżało się na żadne wakacje, wakacje były na miejscu. A zimą jeździło się po jeziorze na łyżwach. Całe dzieciństwo i młodość spędziłam nad wodą.

Cały artykuł w Aktywni plus wiona 2015 

 

ajax loader